<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Muzykomachia - subiektywne komentarze muzyczne</title>
	<atom:link href="http://www.muzykomachia.pl/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.muzykomachia.pl</link>
	<description>Bez cenzury i subiektywnie komentujemy aktualne wydarzenia ze świata muzycznego.</description>
	<lastBuildDate>Tue, 21 Jun 2011 09:12:18 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Kat i Roman krok po kroku</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/kat-krok-po-kroku</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/kat-krok-po-kroku#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Jun 2011 09:07:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>F.L.R.</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[kat]]></category>
		<category><![CDATA[roman kostrzewski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=428</guid>
		<description><![CDATA[Dosłownie kilka dni temu pożyczyłem od kumpla najnowszą płytkę Kata i Romana Kostrzewskiego. Od czternastu lat bowiem Kat (wówczas jako zespół o nazwie jednoczłonowej) nie wydał żadnego albumu, nie licząc oczywiście nieporozumienia zwanego Minds Canibals. Po uprzednio przeczytanym wywiadzie z Romkiem wiedziałem, że spodziewać się mam starego dobrego Kata bez większych zmian. Tak właśnie przedstawiono [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/roman_Kostrzewski_kat.jpg"><img class="minpic" title="roman_Kostrzewski_kat" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/roman_Kostrzewski_kat-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a>Dosłownie kilka dni temu pożyczyłem od kumpla najnowszą płytkę Kata i Romana Kostrzewskiego. Od czternastu lat bowiem Kat (wówczas jako zespół o nazwie jednoczłonowej) nie wydał żadnego albumu, nie licząc oczywiście nieporozumienia zwanego Minds Canibals. Po uprzednio przeczytanym wywiadzie z Romkiem wiedziałem, że spodziewać się mam starego dobrego Kata bez większych zmian. Tak właśnie przedstawiono w nim Biało-Czarną. Sceptycznie jednak nastawiony do nowego album wrzuciłem płytkę.</p>
<p><span id="more-428"></span>Dosyć długie Intro &#8211; w ten sposób traktuje utwór Bara. Nie ma w nim słów, więc zbytnio nie skupiałem na nim swej uwagi, aczkolwiek muszę przyznać, że jak na swoje siedem minut nawet bardzo mnie nie znudził. Raczej stanowi on dobre wejście do albumu, a jednostajne riffy podsycają napięcie. Naprawdę wprowadza w nastrój tego, co za chwilę się wydarzy.</p>
<p>Maryja omen &#8211; Jakże Polski ten nowy Kat. Problemy społeczne widać dosyć mocno zaabsorbowały Romka. Numer o Radiu Maryja. Szczerze mówiąc dokładnie się nie wsłuchiwałem, aczkolwiek momentami zwracały moją uwagę szczególnie trafne i adekwatne słowa wynurzające się z dosyć ciężkich i dynamicznie brzmiących riffów. Podobnie zresztą z kolejnym utworem.</p>
<p>&#8220;Szkarłatny wir&#8221; to kompozycja sporo wolniejsza i zdecydowanie bardziej ociężała. Pierwsze strofy wprowadzają słuchacza w środek &#8220;starej wsi&#8221; w pobliże młyna, w moim subiektywnym odczuciu jakieś sto lat wstecz. Słuchając tego kawałka, przychodzi mi od razu na myśl &#8220;Kielich dla mnie&#8221; z solowej płyty Romana Kostrzewskiego. Przyjemnie się słucha, fajny nastrój ale&#8230; cholera. To nie to.</p>
<p>Tytuł kolejnego numeru sugeruje, że odnajdzie się w nim tę ciężką do określenia metafizykę obecną chociażby na &#8220;Różach&#8230;&#8221; i wcześniejszych albumach Kata. Diabelski dom IV. To musi być to! Ostatni utwór &#8220;z tej serii&#8221; wydany był &#8211; żeby nie skłamać &#8211; ponad dwadzieścia lat temu!!!</p>
<p>Niestety&#8230; Roman w swych tekstach poszedł w zupełnie inną stronę, niż się tego spodziewałem. Stanowią one raczej coś w rodzaju kontynuacji tych, które słyszymy na  Alkatraz czy na wspomnianej już uprzednio solowej Wodzie.</p>
<p>&#8220;Milczy trup&#8221; &#8211; Słyszałem ten kawałek już wcześniej i naprawdę mi się podoba. Trahsowe wejście. Brzmi &#8211; przynajmniej dotychczas &#8211; najbardziej katowsko. Bardzo dynamiczny, aczkolwiek ze stopniowo wchodzącą sekcją rytmiczną &#8211; co najbardziej mi się podoba. Poza tym perkusja nie  wchodzi tu banalnie. Nie jakieś tam proste klepanie, tylko słyszalna ingerencja w takt przywołująca na myśl chociażby &#8220;Bastard&#8221;. Kawałek ogólnie bardzo trashowy, a tekst kojarzy mi się z tymi z &#8220;Róż&#8230;&#8221; Być może przez niezwykle wyszukane porównania odnoszące się do postaci księdza. Aż miło się zrobiło usłyszeć coś tak bardzo nawiązującego, przynajmniej w moim odczuciu, do starszych albumów.</p>
<p>Następny utworek to ballada pod tytułem &#8220;Wolni od klęczenia&#8221;. Bardzo delikatna, melancholijna i spokojna znów kojarzy mi się z solową &#8220;Wodą&#8221;. W usypiający nastrój wprowadza dodatkowo pełen metafor tekst tylko po to, by kolejny utwór brutalnie wyrwał nas z tego letargu!</p>
<p>&#8220;Kupa świąt&#8221; &#8211; W końcu bezpośrednie ostre jebnięcie! Bez żadnych wejść, rozbudowywań  i tym podobnych. Utwór ten zaczyna się riffem już z pierwszej zwrotki. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z poprzednim albumem Kata &#8211; &#8220;Szydercze zwierciadło&#8221;. Może to przez tekst, może przez muzykę. Nie skupiałem się jednak na tym, podobnie jak nie skupiałem się zbytnio na samym utworze.</p>
<p>Znów jakieś balladowe wejście rodem z &#8220;Głosu z ciemności&#8221;. Na tekst jednak próżno czekać. Bieluń to kolejny instrumental na Biało-Czarnej. Niesamowicie rozwija się ten utwór. Początkowo rozkołysany dałem się porwać Bieluniowi w miarę rozwoju tego kawałka zamieniając moje nieznaczne pląsy w dosyć ostre pogo. Niezwykle subtelny z początku kawałek przecinają co raz solowe partie gitary, wprowadzając nieco mroczniejszą atmosferę. W miarę nasilania się solówek wzmocnieniu ulega również perkusja, co dodaje mocy całej kompozycji. W, nazwijmy to, momencie kulminacyjnym utworu, kiedy trudno wyobrazić sobie większe &#8220;stężenie&#8221; gitarowych solówek uderzenie w talerz rozpoczyna nowy riff. Na kilka taktów wszystko, oprócz prowadzącej gitary, milknie. Ostatnie półtorej minuty utworu przeznaczone jest już do rashowego młucenia. Co w tym wszystkim godne uwagi to to, że utwór nie traci przez to na swej &#8220;ciągłości&#8221;. Riff, wprowadzając nowy wątek do utworu nie burzy jego konstrukcji.</p>
<p>Bieluń to, obok kawałka &#8220;Milczy trup&#8221;, mój zdecydowany faworyt, podobnie zresztą jak  &#8220;Z boskim zyskiem&#8221;. Ten jednak na moją uwagę zasłużył sobie prześmiewczym tekstem. Niesamowicie trafna satyra o wprowadzaniu w tok edukacji szkolnej tak zwanego &#8220;przysposobienia do życia w rodzinie&#8221; i oczywiście kontrastującej z nią religią. Kontrast natury obyczajowej, jak wiele  w naszym kraju, zasługuje na komentarz. Ten zaś w wykonaniu Romka ukazuje śmieszność sytuacji, a bezpośredni zwrot w pierwszych słowach do bohaterki Księgi Rodzaju zdecydowanie przykuł moją uwagę. Kolejny, obok Maryi omen, utwór na tej płycie świadczący o inspiracjach czerpanych z problemów dotyczących naszego kraju.</p>
<p>&#8220;Kapucyn zamknął drzwi&#8221; &#8211; ostatni już kawałek wyróżnia się spośród dotychczasowych eksperymentami natury muzycznej. Wstęp rodem z folkowej muzyki cygańskiej, poprzez stopniowe wejścia partii perkusyjnych niespodziewanie zmienia się w ciężkie metalowe brzmienie. Jeszcze ta solówka zagrana na akustyku w akompaniamencie metalowych riffów. Efekt naprawdę zaskakujący!!! Jeżeli chodzi zaś o tekst, to muszę przyznać, że naprawdę mocny. Powiem, że w moim odczuciu tematycznie powiązany jest z kawałkiem &#8220;Słodki krem&#8221; z albumu &#8220;Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach&#8221;. Sądzę, że fanom Kata to wystarczy.</p>
<p>Moje odczucia po, już kilkakrotnym przesłuchaniu płyty bardzo adekwatne są do jej tytułu. Trochę skrajne, ponieważ momentami miałem wrażenie, że Romek nieco &#8220;odjechał&#8221; z tekstami. Trudno jednak przez ponad dwadzieścia lat w podobny sposób patrzeć na rzeczywistość, wyrażając ją dodatkowo w taki sam sposób. Zmiany natury lirycznej są dla mnie jak najbardziej zrozumiałe, lecz nie zawsze mi się one podobały. Muzycznie natomiast dostałem to, czego oczekiwałem.</p>
<p>Myślę, że jeszcze trochę czasu spędzę nad tym krążkiem, ponieważ taka płyta zdecydowanie na to zasługuje. Uważam też, że moje odczucia towarzyszące słuchaniu będą coraz bardziej&#8230;Hmmm.. Czarne. Czarne, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.</p>
<p>F.L.R.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/kat-krok-po-kroku/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3200</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Crippled Black Phoenix w Warszawie</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/crippled-black-phoenix-w-warszawie</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/crippled-black-phoenix-w-warszawie#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 13 May 2011 12:29:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marian</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Crippled Black Phoenix]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=425</guid>
		<description><![CDATA[Od wieków wiadomo, że poniedziałek do najprzyjemniejszych dni nie należy. Tym bardziej więc wybrałem się na koncert Crippled Black Phoenix do warszawskiego klubu Progresja, by pozbyć się syndromu początku tygodnia.
Rzadko zdarza się, bym zwracał uwagę na kapele poprzedzające występ gwiazdy wieczoru, tym razem zrobię wyjątek. Pierwszy suport to niezbyt ciekawy, raczej garażowy Witcher. Na stronie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/crippled-black-phoenix.jpg"><img class="minpic" title="crippled-black-phoenix" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/crippled-black-phoenix-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a>Od wieków wiadomo, że poniedziałek do najprzyjemniejszych dni nie należy. Tym bardziej więc wybrałem się na koncert Crippled Black Phoenix do warszawskiego klubu Progresja, by pozbyć się syndromu początku tygodnia.</p>
<p><span id="more-425"></span>Rzadko zdarza się, bym zwracał uwagę na kapele poprzedzające występ gwiazdy wieczoru, tym razem zrobię wyjątek. Pierwszy suport to niezbyt ciekawy, raczej garażowy Witcher. Na stronie klubu przeczytałem, że zespół dopiero pracuje nad materiałem, dlatego odpuszczam dalszą recenzję ich występu, trzymając  kciuki i życząc ciekawszych pomysłów.</p>
<p>Prawdziwym powodem, dla którego rozpisuję się na temat suportów, jest druga kapela wieczoru czyli Obscure Sphinx łącząca mało popularne instrumenty jakimi są ośmiostrunowe gitary oraz sześciostrunowe gitary basowe (czyli strojone o jedną oktawę niżej w porównaniu do &#8220;konwencjonalnych&#8221; gitar) z elektroniką. Trudno by ktokolwiek przeszedł wobec tej muzyki obojętnie…Piekielnie niskie dźwięki gitar, mroczne sample i hipnotyzujący głos wokalistki zbudowały niesamowitą atmosferę.</p>
<p>Swego czasu powstał gatunek zwany trip hopem &#8211; jako połączenie hip hopu i kwasu z gatunku &#8220;podróżniczych&#8221;. Występ Obscure Sphinx, stanowił podróż w bardzo odległe muzyczne rejony, dlatego próbując sklasyfikować sztukę, którą uprawiają, pozwolę sobie nazwać tę muzykę &#8220;metal-tripem. Występ stanowił zwartą całość i ciężko wyróżnić konkretne utwory, choć w ucho wpadł mi kawałek &#8220;Eternity&#8221;. Zachęcam jednak do indywidualnego zasmakowania w muzyce OS, bo warta tego jest.</p>
<p>Ze względu na niemały poślizg gwiazda wieczoru, czyli Crippled Black Phoenix, spiesznie zainstalowała się na scenie, by uwieść mnie jednym z otwieraczy występu, klimatycznym &#8220;Fantastic Justice&#8221;.</p>
<p>Z kolejnymi kawałkami Crippled Black Phoenix budowali niepowtarzalny klimat, który ostatni raz poczułem na zeszłorocznym koncercie Beirut (te same konwersacje z publicznością i niemal teatralna cisza w chwili wykonywania przez zespół utworów). Apogeum koncertu to cover &#8220;Of A Lifetime&#8221;, w którym wokalista Joe Volk ustąpił pola rewelacyjnej Daisy Chapman &#8211; klawisze i jeden z drugich wokali. W tym samym utworze na wyróżnienie zasłużył Karl Demata, wykonując rewelacyjne sola.</p>
<p>Moja sielanka trwała mniej więcej do utworu&#8221;Rise Up And Fight&#8221;, po którym spojrzałem na zegarek, szybko obliczając godziny snu, jakie pozostały przed kolejnym dniem. Konsekwencją moich obliczeń była dezercja. Jak się potem dowiedziałem, straciłem kilka dobrych kawałków. I to jest kolejny powód, by nie lubić poniedziałku.</p>
<p>Marian</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/crippled-black-phoenix-w-warszawie/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6455</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Od Black Metalu po Trip-Hop i&#8230; Bóg wie co jeszcze</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/od-black-metalu-po-trip-hop-i-bog-wie-co-jeszcze</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/od-black-metalu-po-trip-hop-i-bog-wie-co-jeszcze#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 13 Apr 2011 09:52:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>F.L.R.</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[ulver]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=417</guid>
		<description><![CDATA[Ten, kto czytał mój pierwszy artykuł na Muzykomachii, zapewne wie, że w muzyce  cenię przede wszystkim brak jakichkolwiek ograniczeń i trzymania się konwenansów.  Staram się wyszukiwać tego typu rzeczy, co na prawdę łatwe nie jest. Moim zdaniem  ograniczenie się artysty (a muzyka bezspornie jest sztuką) mija się z celem samej  sztuki. Ale to tak na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/ulver1.jpg"><img class="minpic" title="ulver" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/ulver1-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a>Ten, kto czytał mój pierwszy artykuł na Muzykomachii, zapewne wie, że w muzyce  cenię przede wszystkim brak jakichkolwiek ograniczeń i trzymania się konwenansów.  Staram się wyszukiwać tego typu rzeczy, co na prawdę łatwe nie jest. Moim zdaniem  ograniczenie się artysty (a muzyka bezspornie jest sztuką) mija się z celem samej  sztuki. Ale to tak na marginesie <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':-)' class='wp-smiley' /><br />
<span id="more-417"></span></p>
<p>Jak to zwykle bywa, na prawdzie perełki trafia się przypadkiem, i tak też było tym  razem. W poszukiwaniu nowych doznań muzycznych odwiedziłem kolegę black metalowca  (byłem już na prawdę zdesperowany), nie spodziewając się  mimo wszystko jakichś  rewelacyjnych doznań. Kolega ów  przez jakiś czas gorąco polecał mi pewien norweski  zespół o wdzięcznej nazwie Ulver, dlatego też dość pesymistycznie nastawiony,  pożyczyłem od niego dwa albumy późniejszych dokonań tej grupy.</p>
<p>Po przesłuchaniu już jednego utworu nie mogłem wprost uwierzyć, że Ulver zaczynali  od typowego norweskiego black metalu. Szczerze mówiąc, nie bardzo znam się na tego  typu muzyce, ale z tego co zauważyłem, charakterystyczna, przynajmniej dla jej  fanów, jest pewna ortodoksyjność. Czytając w Teraz Rocku szesnaście stron  poświęconych Behemothowi dziwiłem się , jak często ta grupa musiała odpierać, i tu  cytuję: &#8216;ataki&#8217;, jakoby grali death metal. Mnie, z całym szacunkiem dla fanów black  metalu, taka ortodoksyjność jest obca i niezrozumiała, dlatego między innymi grupa  Ulver niesamowicie mnie zaciekawiła.</p>
<p>Pierwszy utwór, którego dźwięki dotarły do mnie z głośników, to &#8220;Dressed In Black&#8221;  z płyty &#8220;Blood Inside&#8221;. Hipnotyczne brzmienie syntezatora rozpoczynające ten  kawałek bardzo mnie zaintrygowało. Wszechmiar różnych klawiszowych elementów  połączony z elektroniką i chórami tworzy paradoksalnie chaotyczny ład, który  towarzyszy temu albumowi do ostatnich chwil. Zauważalna jest również pewna  konceptualność, ale to raczej w warstwie muzycznej, ponieważ w tekst zbyt się nie  wgłębiałem. Nie gra dla mnie aż tak ważnej roli w tego typu muzyce.</p>
<p>Wszystkie utwory na &#8220;Blood Inside&#8221; stanowią pewną całość, której spoiwem jest  miękka poduszeczka wszechobecnej na albumie psychodelii. Ciężko mi pisać o muzyce,  do której nie jestem w stanie znaleźć jakiegoś punktu odniesienia, ale jeżeli  chodzi o tę płytę, to najważniejszy dla mnie przede wszystkim nastrój. Nastrój  tworzącej się powoli harmonii z postrzępionych fragmentów zaskakująco pasujących do  siebie elementów muzycznych. Album ten to również kontrast. Elektronika zestawiona  z klasycznymi instrumentami stanowi tego przykład. Kontrastowy jest też efekt tych  zabiegów zbijający słuchacza z głębi wyciszających melodii w chaos nowo powstającej  całości. Niezwykła dynamika połączona jest tu z prawdziwie głęboką i niemal  odurzającą muzyką.</p>
<p>Jak wcześniej pisałem, jeśli chodzi o &#8220;Blood Inside&#8221; to teksty osobiście mnie nie  interesują . Po pierwsze wyłaniają się tylko od czasu do czasu z natłoku dźwiękowych bodźców zewsząd atakujących percepcję. A po drugie&#8230; barwa głosu  wokalisty jest tak niesamowita, że osobiście trudno jest mi tu wokal traktować  inaczej niż po prostu jak jeden z wielu instrumentów. Wyłaniające się z tła dęciaki  wprowadzają patetyczną atmosferę podtrzymywaną przez bardzo wysokie partie wokalu.  A wszystko oprawione w specyficzny beat, z nastrojem świątecznym niema wiele  wspólnego <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<p>Moim zdecydowanym faworytem wśród numerów na &#8220;Blood Inside&#8221; jest utwór &#8220;Christmas&#8221;.  Kończące &#8220;For The Love Of God&#8221; klimatyczne dzwoneczki przywołujące na myśl  świąteczne wieczory spędzane z rodziną przed telewizorem zapowiadają coś w stylu  &#8220;Last Christmas&#8221;. Pewne zniesmaczenie za chwilę rekompensuje niemal przytłaczające  wejście frazy wokalu: A God is born and others die&#8230;z mocną linią rytmiczną i  ciężkim do wyłapania instrumentum.</p>
<p>&#8220;Blood Inside&#8221; jest jednym z dwóch albumów Ulver, które do tej pory przesłuchałem. Dający się bardziej sklasyfikować &#8220;Perdition City&#8221; to już typowy Trip-Hop  (przynajmniej w moim odczuciu) Do takiego zakwalifikowania tego albumu skłonił mnie  rozpoczynający pierwszy utwór nieco zeskreczowany ciężki beat. Beat po jakimś  czasie niespodziewanie się urywa i słyszymy wolne, rytmiczne i jednostajne  uderzenia w klawisze.</p>
<p>W miarę rozbudowywania się tej sekcji wchodzi beat (nie tak już ciężki) z  dodatkowym solo na saksofonie. Dla mnie najlepsza solówka z całej płyty. Nie  przepadam specjalnie za jazzującą muzyką, lecz saksofon idealnie tam pasuje  (podobnie miałem chyba tylko przy &#8220;The Final Cut&#8221; Pink Floydów) W tymi czasie  oczywiście słyszymy jakiś tam wyłaniający się wokal stanowiący psychodeliczny  dodatek do całości. Do końca &#8220;Lost in Moments&#8221; Triphopowo kołysze nas beat i  znów&#8230; solo <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_biggrin.gif' alt=':D' class='wp-smiley' />  Wszystko kończy patetyczny chóralny akcent.</p>
<p>Przyznam szczerze, że w &#8220;Perdition City&#8221; dogłębnie się jeszcze nie wsłuchałem, lecz pod wpływem emocji towarzyszących mojemu nowemu odkryciu nie mogłem zwlekać z  napisaniem tego artykułu. Album ten na pewno skrajnie różni się od &#8220;Blood Inside&#8221;,  lecz jest równie dziwaczny. Kojarzy mi się momentami z Archive i nastrojowo z  przywołanym wcześniej &#8220;The Final Cut&#8221; . Ogólnie to kawał dobrego Trip-Hopu w  wykonaniu grupy pierwotnie grającej Black Metal. Samo w sobie zachęca do  przesłuchania &#8211; prawda? Dlatego też sam będę się jeszcze wtapiał w muzykę Ulvera  zapewne długi czas i wszystkim, którzy oczekują od muzyki niecodziennych i  niekonwencjonalnych doznań artystycznych, zespół ten polecam.</p>
<p>F.L.R.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/od-black-metalu-po-trip-hop-i-bog-wie-co-jeszcze/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4624</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Lepiej nie wiedzieć?</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/lepiej-nie-wiedziec</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/lepiej-nie-wiedziec#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 20 Feb 2011 19:45:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>MNK</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[doom]]></category>
		<category><![CDATA[MacMillan]]></category>
		<category><![CDATA[Serpent Cult]]></category>
		<category><![CDATA[Thee Plague of Gentlemen]]></category>
		<category><![CDATA[zło]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=407</guid>
		<description><![CDATA[ Jak istotna dla odbioru muzyki jest świadomość, jakim jej twórca jest człowiekiem, co ma na sumieniu? Czy te dwie sfery – twórczą i prywatną – należy rozpatrywać łącznie, czy oddzielnie? Jest generalna reguła czy wyjątki, które by ją potwierdzały? Rzeczy ważne albo mniej ważne, takie, których pominąć się nie da, i inne, o których [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/zlo.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-409" title="zlo" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/zlo-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a> Jak istotna dla odbioru muzyki jest świadomość, jakim jej twórca jest człowiekiem, co ma na sumieniu? Czy te dwie sfery – twórczą i prywatną – należy rozpatrywać łącznie, czy oddzielnie? Jest generalna reguła czy wyjątki, które by ją potwierdzały? Rzeczy ważne albo mniej ważne, takie, których pominąć się nie da, i inne, o których można zapomnieć, udać, że się ich nie dostrzega?</p>
<p><span id="more-407"></span>Życie pokazało, że jeśli o mnie chodzi, jednego od drugiego oddzielić  nie potrafię.</p>
<p>Jakiś czas temu był sobie zespół. Tworzyło go czterech Belgów, a zwał się <strong>Thee Plague of Gentlemen</strong>. Co grał? Dobry, rasowy doom. Zajebiście popularny u nas gatunek, więc pewnie każdy wie, o czym mowa. Twór ten wydał dwa splity, dwie epki, a wreszcie w 2005 roku, nakładem I Hate Records, pierwszą pełną płytę. Jak się miało okazać, pierwszą i ostatnią. Materiał świetny, więc słuchałam go więcej niż często. Po paru tygodniach uznaliśmy nawet, że warto byłoby zrobić z panami wywiad. Kapela niszowa, magazyn podziemny, pytania popłynęły zatem do Steve&#8217;a MacMillan&#8217;a emailem. Po kilku tygodniach nadeszła wiadomość zwrotna. Zamiast wywiadu, stek niedbałych, bzdurnych, chamskich odpowiedzi. W czym był problem, diabli wiedzą. Może nie był w nastroju. Tak czy owak, skończyło się małą pisaną kłótnią. Tyle kontaktów z mizantropem z <strong>Thee Plague</strong>, pomyślałam. Trzeba było pozostać przy muzie i darować sobie dziennikarskie podchody. Trochę szkoda, ale i bez dramatu. Steven to przecież nie pierwszy cham, i nie ostatni, który zjawia się i znika w moim otoczeniu. Niestety, czas pokazał, że o MacMillanie miałam jeszcze usłyszeć.</p>
<p>Po jakimś czasie od tego całkiem zbędnego incydentu (minęło może kilka miesięcy) gdzieś w sieci trafiłam na news, z którego jak nic wynikało, że Steven najpierw usłyszał zarzuty, a nieco później trafił za kraty. Skazany za pedofilię. Zaskoczenie i obrzydzenie zarazem. Przeczytałam notkę dwukrotnie, ale nie, niestety, wzrok mnie nie zawodził. Imię, nazwisko, zespół – wszystko się zgadzało. Nie ma zmiłuj. MacMillan to wsadzony do pudła pedofil. Dobrze, że już wsadzony, ale&#8230; wiadomość uparcie nie chciała zmieścić mi się w głowie. To nie były tylko niczym niepoparte zarzuty, podejrzenia, spekulacje czy inne złośliwe plotki, ale fakty. A pod newsem, dla dopełnienia obrazu, oświadczenia załamanych kumpli, bezsilnie próbujących odciąć samych siebie, a zwłaszcza zespół, od tych koszmarnych, nie dających spokoju skojarzeń. <strong>Thee Plague of Gentlemen</strong> próby nie przetrwali. Rozpadli się na kawałki jeszcze przed końcem feralnego roku. Jednocześnie, jeszcze w 2006, trójka sierot po <strong>Thee Plague</strong> powołała do życia doomowy <strong>Serpent Cult</strong>.</p>
<p>Mamy 2011, a ja od tamtej pory tak szczerze docenianej kiedyś <strong>&#8216;Primula Pestis&#8217; </strong>nie przesłuchałam ani razu. Utrzymana w iście doomowych szarościach ginie w szafie pośród innych tytułów, a mnie jakoś zupełnie nie pali się przypominać sobie te akurat dźwięki. Ilekroć o rzeczonym projekcie pomyślę, skojarzenie zawsze przychodzi to samo. To wystarczy. Nie mam ochoty słuchać jego głosu, nie chcę muzyki, w której &#8216;maczał&#8217; łapy taki typ. Zwyrodniałe NIC.</p>
<p>Przesadzam?</p>
<p>mnk</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/lepiej-nie-wiedziec/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2545</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polski szajs dla frajerów</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/polski-szajs-dla-frajerow</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/polski-szajs-dla-frajerow#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 Feb 2011 17:26:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>MNK</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[kupowanie płyt]]></category>
		<category><![CDATA[Polska cena]]></category>
		<category><![CDATA[płyty]]></category>
		<category><![CDATA[sprzedaż]]></category>
		<category><![CDATA[universal]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=392</guid>
		<description><![CDATA[Zagraniczne płyty &#8211; polska cena. Jesienią 2006 roku pod tym podejrzanym hasłem wystartował eksperyment made by Universal Music Polska. Eksperyment (którego autorowi serdecznie przy okazji gratuluję) polegać miał na sprzedaży w Polsce zagranicznych tytułów w &#8211; jak to wdzięcznie ujęto &#8211; dodatkowym wariancie cenowym. Wariant ów, wedle oficjalnej propagandy, wynikać miał ponoć z renegocjacji wysokości [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/Logo_akcji_Zagraniczne_12376201.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-396" title="Logo_akcji_Zagraniczne_1237620" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/Logo_akcji_Zagraniczne_12376201-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a>Zagraniczne płyty &#8211; polska cena. Jesienią 2006 roku pod tym podejrzanym hasłem wystartował eksperyment made by Universal Music Polska. Eksperyment (którego autorowi serdecznie przy okazji gratuluję) polegać miał na sprzedaży w Polsce zagranicznych tytułów w &#8211; jak to wdzięcznie ujęto &#8211; dodatkowym wariancie cenowym. Wariant ów, wedle oficjalnej propagandy, wynikać miał ponoć z renegocjacji wysokości tantiem z artystami i wydawcami. Dzięki temu możliwa stała się sprzedaż płyt w sugerowanej, jakże kuszącej cenie, 29.90 złotych.</p>
<p><span id="more-392"></span></p>
<p>Skoro nowa cena miała rzekomo mieć swe źródło w niższych stawkach  tantiem, dlaczego, koniec końców, tak wyraźnie odbiła się na jakości?  Tania ściema? W rzeczy samej.</p>
<p>Gdyby ktoś zechciał mnie wtedy zapytać, czy takie rozwiązanie przyjmie się na rynku, bez wahania odparłabym, że w żadnym razie. Trzeba być frajerem czy innym jeleniem, by dać się rolować w tak prostacki sposób. Kto uzna, że bardziej opłaca się wydać 30 zł na coś, co zamiast normalnego bookletu ma chudą, okrojoną namiastkę okładki, wydrukowaną w dodatku na marnym papierze i w bladych, nijakich, brzydkich pseudo-kolorach? Nawet tekstów brak. A na tym wszystkim, dla zwieńczenia koszmaru, walnięty jeszcze paskudny napis (względnie naklejka) informujący radośnie, że oto właśnie trzymamy w dłoniach special-shitty-edition zwany &#8216;polską ceną&#8217;. Dla mnie taki &#8216;produkt&#8217; to zwykłe oszustwo. Za 30 zł oferować śmiecia, gdy za niewiele więcej mogę mieć pełnowartościowy produkt. Gdzie tu logika, gdzie okazja? Jak można mieć poczucie, że zrobiło się dobry interes? Ja widzę tylko trzy dychy wywalone w błoto.</p>
<p>Czas pokazał, że wyczucie trendów rynkowych mam, co tu kryć, fatalne. Pomysł (niestety!) okazał się sukcesem. Blisko rok po inauguracji firma, zachęcona wynikami sprzedaży, podjęła decyzję o wprowadzaniu w ten sposób na krajowy rynek każdej zagranicznej premiery. Hip, hip!?  Czy raczej chlip&#8230;</p>
<p>Szkaradek żyje, o zgrozo, już piąty rok. I co gorsza, ma się nieźle. Czy może raczej, nieźle psuje rynek. Z początku, tu i ówdzie pojawiały się wprawdzie komentarze ze strony nielicznych rozczarowanych, że warto byłoby jednak poinformować nabywców o braku tekstów w booklecie czy okrojonej oprawie graficznej. Pojawiały się, ale przestały. Zresztą, z drugiej strony, jak bardzo trzeba być naiwnym, by wierzyć, że ktokolwiek (czy to wydawca, czy dystrybutor, czy inny gracz w tym skomplikowanym handlowym łańcuchu) zaoferuje nam płytę tańszą od innych o 30%, nie  rekompensując sobie tej &#8217;straty&#8217; w jakiś inny sposób? Jasne, teoretycznie obniżka ceny bez szkody dla jakości jest oczywiście możliwa. Wystarczyłoby choćby nieco zejść ze złodziejskiej marży, ale&#8230; nikt chyba nie ma złudzeń, że szybko tego doczekamy. Jeśli doczekamy&#8230;</p>
<p>Szczęście w nieszczęściu, z mojej przynajmniej perspektywy, że na polsko-cenowy warsztat wzięte zostały głównie tytuły popowe. Głównie, nie znaczy jednak, że wyłącznie. Pośród zmasakrowanych wydań materiałów Bon Jovi, Eltona Johna, Tokio Hotel czy Nelly Furtado znalazły się i płyty QOTSA, Mansona,  czy nawet (DVD) Wolfmother. Szlag mnie trafiał, gdy bezowocnie poszukiwałam pełnowartościowego (czyt. takiego, jakie oferowane jest klientom w każdym innym wspólnotowym  kraju) wydania tego ostatniego, sprowadzając je sobie w końcu z zagranicy, po cenie równej temu czemuś, co  walało się na półkach polskiego Saturna.</p>
<p>Dlaczego naród podchwycił ten szatański pomysł, a nie – na przykład – poczuł się urażony? Słyszał ktoś kiedyś o cenie duńskiej, włoskiej, francuskiej? Świat poznał &#8216;nice price&#8217;, ale polska cena? Od razu widać, w jakim kontekście użyty został przymiotnik &#8216;polska&#8217;. Polska równa się niska. Niska, bo dla Polaka. Dlaczego? Ano dlatego, że w Polsce to niezmiennie główny, kluczowy, zasadniczy, by nie powiedzieć jedyny motywator zakupowy. Cena niska to wciąż – w oczach Polaka – okazja! Nieważne, że i towar dostaje wtedy szmatławy. Grunt to mieć poczucie, że wydało się mniej. Reszta (w tym jakość) jest już bez znaczenia.</p>
<p>Co z tego, że cena takich płyt jest niższa, skoro całość to, spójrzmy prawdzie w oczy, sama żałość? Niby płacimy mało, ale co dostajemy w zamian? Liche pod każdym względem wydanie dla ubogich. Od dnia wprowadzenia tego wynalazku na rynek zastanawiałam się, kto to kupuje!? Wreszcie, z wyjaśnieniem pospieszył mi znajomy: &#8216;No przecież jest taniej!&#8217;. Fakt, jest. Ale co z tego? Gwoli ścisłości, nie był to student, którego okoliczności życiowe zmuszają do codziennego dokonywania wyborów: płyta czy książka, browar czy obiad. Mówił to dobrze sytuowany singiel. Skoro zatem w jego przypadku motywy prowadzące do wyboru polskiej ceny lokują się poza sferą koniecznych oszczędności, można zakładać, że takich jak on jest więcej. Niby stać ich na jakość, a wolą nijakość. Czy znaczy to, że skłonność do tandety mamy zwyczajnie we krwi?</p>
<p>mnk</p>
<p><!-- 		@page { margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } --></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/polski-szajs-dla-frajerow/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5066</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Szalony Diament czyli tragiczna historia lidera legendarnej grupy</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/szalony-diament-czyli-tragiczna-historia-lidera-legendarnej-grupy</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/szalony-diament-czyli-tragiczna-historia-lidera-legendarnej-grupy#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Jan 2011 15:26:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>F.L.R.</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[pink floyd]]></category>
		<category><![CDATA[syd barret]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=386</guid>
		<description><![CDATA[Gdy mówimy o legendarnych zespołach ubiegłego stulecia, od razu jawi nam się przed oczyma postać lidera danej grupy. Każdy uosabia na pewno The Doors z Jimem Morrisonem, Led Zeppelin z Jimmim Pagem (tudzież z Robertem Plantem) a Nirvana w oczach wielu ludzi to praktycznie to samo, co Kurt Cobain. Przykładów takich znalazłoby się pewnie na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="minpic" title="syd-barrett" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/syd-barrett.jpg" alt="" width="150" height="150" />Gdy mówimy o legendarnych zespołach ubiegłego stulecia, od razu jawi nam się przed oczyma postać lidera danej grupy. Każdy uosabia na pewno The Doors z Jimem Morrisonem, Led Zeppelin z Jimmim Pagem (tudzież z Robertem Plantem) a Nirvana w oczach wielu ludzi to praktycznie to samo, co Kurt Cobain. Przykładów takich znalazłoby się pewnie na pęczki, lecz owy schemat w muzyce nie zawsze lubił się powtarzać. Obok Nirvany, Zeppelinów i Doorsów nie mniejszą rolę w muzyce odegrała grupa Pink Floyd przywołująca na myśl&#8230; No właśnie&#8230; Kogo?</p>
<p><span id="more-386"></span><br />
O miejsce lidera konkurować by mogli zapewne Gilmour i Waters. O ile Rogerowi Watersowi trzeba przyznać olbrzymi wpływ na twórczość zarówno muzyczną, jak i tekstową grupy, o tyle należy mu zarzucić swego rodzaju egocentryzm. Jego teksty z upływem czasu traktowały coraz to bardziej o nim samym. W historię bohatera koncepcyjnego albumu The Wall niejakiego Pink&#8217;a Floyd&#8217;a ;p wplatał swoje osobiste przeżycia. A Gilmour&#8230; co tu dużo gadać &#8211; to świetny instrumentalista.</p>
<p>Zanim jednak ci dwaj zaczęli wiele znaczyć dla zespołu, liderem był przez wielu zapewne już zapomniany Syd Barrett (Właściwie Roger Keith &#8220;Syd&#8221; Barrett). Za czasów największych sukcesów Pink Floyd dawno nie brał już udziału, ale gdyby nie on, to całkiem prawdopodobne, że zespół by nie zaistniał.</p>
<p>Syd Od samego pojawienia się na scenie okazał się zjawiskowy. Dzięki niemu zespół ze zwykłego bluesowego bandu przerodził się w coś wówczas bliżej nieokreślonego. Przez występy w Hornsey Art College, których ideą było granie muzyki do wizualizacji i filmów grupa niesamowicie ewoluowała. Najlepiej w tym klimacie czuł się Barrett, który zaczął dodatkowo eksperymentować z brzmieniem gitary. Do niego należą utwory jak Arnold Lyne czy See Emily Play, które do czasów słynnego Another Brick In The Wall part II były największymi przebojami grupy.</p>
<p>Jako jedyny spośród kolegów z zespołu Syd w pełni utożsamiał się z ówczesnym ruchem Hippiesowskim, co być może było jedną z przyczyn jego tragedii. Jako Hippies wierzył w inspiracyjną moc psychodelików, a pragnę podkreślić, że był artystą bardzo płodnym. Nie trzeba wiele myśleć, by wywnioskować, że strasznie dużo ćpał. Olbrzymie ilości LSD w połączeniu z innymi dragami bez wątpienia odegrały ogromną rolę w rozwoju jego choroby umysłowej. Twórczość Syda stawała się coraz bardziej abstrakcyjna, a on sam nabawił się prawdopodobnie shizofrenii.</p>
<p>Tracąc jednocześnie kontakt z rzeczywistością i popadając w huśtawki emocjonalne, Syd stał się nie do zniesienia dla pozostałych członków grupy (bo raczej ciężko grać z kimś, kto na koncert zabiera gitarę pozbawianą strun). Retorycznym jest pytanie, co stało się z Barrettem. Jego miejsce zajął David Gilmour, dzięki czemu zespół niewątpliwie odetchnął i wziął się za tworzenie nowych numerów. Nie udało się im co prawda naśladowanie byłego członka grupy, ale próby te zapoczątkowały nowy etap w twórczości Pink Floyd. Zespół powoli ewoluował, oddalając się od psychodelicznych klimatów, a nabierając za to coraz większego warsztatu muzycznego. Takie albumy jak The Wall , The dark Side Of The Moon czy Animals dowodzą już o sporych umiejętnościach muzyków (szczególnie improwizowane solówki Gilmoura).</p>
<p>Dopiero po upływie kilku lat muzycy byli w stanie dostrzec tragedię Syda Barretta. Z perspektywy młodziaków, chcących za wszelką cenę wydać pierwszy wielki album, ktoś taki jak Syd Barrett był tylko kulą u nogi, podczas gdy koledzy zawdzięczali mu sporą dozę inspiracji. Paradoksalnie po zrozumieniu tragedii Barretta jego postać stała się dla Pink Floyd inspiracją samą w sobie.</p>
<p>Bohater wcześniej wspomnianego przeze mnie The Wall, podobnie jak Syd Barrett, jest postacią tragiczną. Wieńczący pierwszy krążek albumu utwór Goodbye Cruel World opowiada bynajmniej nie o śmierci, jak można to wywnioskować po tytule i treści, lecz o odcięciu się od rzeczywistości. Inspirowany jest konkretnym wydarzeniem z wczesnych koncertów Pink Floyd, kiedy to odrętwienie katatoniczne uniemożliwiło Sydowi występ. Było to niewątpliwie istotne wydarzenie, ponieważ wtedy właśnie w Pink Floyd zrodziło się trudne pytanie o wyrzucenie lidera. Objawy tego typu zdarzały się coraz częściej, więc odpowiedź była jednoznaczna. Decyzja była niewątpliwie bardzo trudna i poprzedziła ciężki okres w zepole. Członkowie Pink Floyd postanowili nie odpowiadać na telefony Syda. &#8220;When I try to get trough on the telephone to you there will be nobody home&#8221; śpiewa Waters w kolejnym utworze z The Wall &#8211; Nobody Home. Kawałek ten już od pierwszych słów przywołuje na myśl byłego lidera Pink Floyd. Barrett miał swego czasu książeczkę, w której zapisywał liryczne pomysły, o czym jest mowa w utworze.</p>
<p>Album The Wall nie jest jednak pierwszym ukłonem w stronę wcześniejszego lidera. W 1971 roku, a więc osiem lat przed pracą nad The Wall, Pink Floyd zajęci byli tworzeniem składanki. Sięgnęli wówczas po stare nagrania Barretta, których ostatecznie w niej nie wykorzystali. Obudziło to w nich jednak wspomnienia o byłym liderze. Tematyka jego utworów dała początek ostatecznie zamieszczonemu na albumie The Dark Side Of The Moon w 1973 roku Brain Damage. Po latach muzycy różnie wypowiadali się na temat tego numeru, lecz dwie rzeczy pozostają bez wątpliwości. Po pierwsze dał on początek największemu albumowi w historii Pink Floyd, a po drugie opowiadał w większym lub mniejszym stopniu o Barrecie.</p>
<p>The Dark Side Of The Moon uczynił z zespołu gwiazdy światowego formatu, lecz początkiem do ich prawdziwego rozbłyśnięcia był właśnie Syd. Po tym albumie muzycy dłuższy czas borykali się z brakiem inspiracji do dalszego tworzenia. Wiele pomysłów z tamtego okresu nigdy nie doczekało się realizacji. Koniec końców sama ta stagnacja stała się inspiracją. Muzycy zdali sobie sprawę, że gdyby nie Barrett, nie było by ich na tym miejscu. Kolejny album poświęcony został właśnie jego osobie. W nawiązaniu do dawnych form utworów, na Wish You Were Here znalazła się suita Shine on You Crazy Diamond w dziesięciu częściach. Tytułowym Szalonym Diamentem był oczywiście Barrett.</p>
<p>Podczas nagrywania tego albumu w studio zjawił się tajemniczy łysy mężczyzna. Zachowywał się tak, jakby brał udział w nagraniu. Co chwilę pytał, w którym momencie ma się dograć. Okazało się, że jest to Syd, lecz do Syda sprzed dziesięciu lat kompletnie niepodobny. Wydarzenie to było równie symboliczne, co wzruszające. Wzruszające tym bardziej, że było to ostatnie spotkanie tak na prawdę wszystkich członków Pink Floyd. Nigdy później nie widzieli się już z Barettem.</p>
<p>Stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku, Syd Barrett zmarł w wyniku powikłań związanych z cukrzycą. Ten, który dał początek tak wielkiemu zespołowi jak Pink Floyd, pierwszy ze wszystkich muzyków opuścił ten świat. Najkrócej ze wszystkich grał w Pink Floyd, nie należy jednak zapominać, że to on dał początek wszystkiemu, co przyczyniło się do sławy tej grupy i jej ogromnego znaczenia na scenie muzycznej. W przeciwieństwie do wcześniej wspomnianego przeze mnie Morissona czy Cobaina nie stał się jednak jeną z wielu ikon popkultury. Czy to dobrze? Odpowiedź na to pytanie pozostanie pewnie dla każdego fana tego zespołu subiektywna. Pewnym jest, że gdyby nie Syd, legendarna grupa Pink Floyd nie była by tym, czym jest obecnie.</p>
<p>P.S. W swym artykule posłużyłem się informacjami zawartymi w książce Wiesława Weissa pod tytułem: &#8220;O krowach, świniach, robakach oraz wszystkich utworach</p>
<p>F.L.R.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/szalony-diament-czyli-tragiczna-historia-lidera-legendarnej-grupy/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3605</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kto jest złodziejem?</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/kto-jest-zlodziejem</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/kto-jest-zlodziejem#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 11 Jan 2011 14:15:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>MNK</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[ebay]]></category>
		<category><![CDATA[kolekcjonerstwo]]></category>
		<category><![CDATA[kradzież muzyki]]></category>
		<category><![CDATA[kupowanie płyt]]></category>
		<category><![CDATA[promo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=381</guid>
		<description><![CDATA[Nieco ponad rok temu, zupełnie niezamierzenie, wywołałam małą burzę na pewnym krajowym forum, którego użytkownicy określali się mianem fanów muzyki elektro. O co poszło? Ano o to, że sprzedałam na ebay parę sztuk płyty, wydanej pod nazwiskami dwu światowej sławy gwiazd muzyki elektronicznej. Gwiazdy te dały w stolicy wspólny występ, firmując zarazem krążek, na którym [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/zlodziej.jpg"><img class="minpic" title="zlodziej" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/zlodziej-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a>Nieco ponad rok temu, zupełnie niezamierzenie, wywołałam małą burzę na pewnym krajowym forum, którego użytkownicy określali się mianem fanów muzyki elektro. O co poszło? Ano o to, że sprzedałam na ebay parę sztuk płyty, wydanej pod nazwiskami dwu światowej sławy gwiazd muzyki elektronicznej. Gwiazdy te dały w stolicy wspólny występ, firmując zarazem krążek, na którym znalazł się (mało udany zresztą) utwór powstały na okoliczność rocznicy inwazji armii radzieckiej na Polskę.</p>
<p><span id="more-381"></span>Najaktywniejszy na rzeczonym forum obrońca moralności święcie się oburzał, jakim prawem? To przecież kradzież w najczystszej postaci! Skoro płytę udostępniono za darmo, nikt nie powinien żądać za nią pieniędzy! Posypały się gromy, kwieciste epitety, zarzuty o pazerność, dumne zapowiedzi szeroko zakrojonych akcji denuncjacyjnych, od polskiej skarbówki (dochód) po zagranicznych prawników rzekomo okradzionych muzyków (prawa autorskie). Plus rozliczne spekulacje, na co to nie wydam zarobionych pieniędzy. Jad lał się tym obficiej, że forumowa święta inkwizycja rzygała nim anonimowo. Dla urozmaicenia rozgorzałej na forum dyskusji, postanowiłam &#8211; jako główny bohater, czy może raczej główny oskarżony &#8211; nadać jej, pod nazwiskiem, nieco bardziej rzeczowego wymiaru. A przy okazji przedstawić własny punkt widzenia.</p>
<p>Wskazałam zatem między innymi, że tak to już jest w kolekcjonerskim obrocie płytowym, że nabywanie i sprzedaż nie ogranicza się tylko do oficjalnie dystrybuowanych wydań. Jako przykład powołać można setki (tysiące?) materiałów wydanych na wszelkich możliwych nośnikach, oznaczonych wymownie „not for sale, promo only&#8217;, które niejednokrotnie znajdują nabywców za kwoty rzędu setek funtów, dolarów czy innych cywilizowanych walut. Poza tym, co to za zbrodnia, że kolekcjoner (tu: ja) uszczęśliwi paru innych maniaków od Stanów, przez Norwegię i Japonię po Australię, stwarzając im jedyną być może możliwość nabycia tytułu, którego we własnym kraju próżno by szukali, a który w ten sposób uzupełni ich drogocenne zbiory? Co więcej, sam sprzedający za uzyskane w ten sposób fundusze wzbogaci własną kolekcję o stuff, który ktoś kiedyś wydał w nadziei, że go sprzeda. Może zatem nie tylko nie stało się nic złego, ale wręcz przeciwnie -  dobrego?</p>
<p>Każdy towar, w tym każda płyta, nieważne, oficjalna czy promo, warta jest tyle, ile ktoś inny skłonny jest za nią zapłacić. To prosta prawda rynkowa i nie ma się czym bulwersować. Kto miał szczęście i dostęp do promocyjnych wydań, bądź przewidział, że dana rzecz po paru czy parunastu latach od premiery zyska na wartości i sprzedawać się będzie nie za wyjściowe 12 euro, ale powiedzmy za 300, ten ma. I trudno. Wyjścia są dwa. Można albo drzeć szaty i rzucać błotem na oślep, albo następnym razem samemu skorzystać. Jednego dnia ja płacę za coś ciężkie pieniądze, innego &#8211; na czymś zarabiam.</p>
<p>Skala oburzenia wywołanego opisanymi wyżej transakcjami była zaskakująca, tym bardziej że przed występem twórców spornej płyty, darmowe – w założeniu – wejściówki na ich koncert wystawiano (z sukcesami) na najpopularniejszym krajowym portalu aukcyjnym za kwoty rzędu 600 zł. To jednak dziwnym trafem nie zaowocowało utworzeniem na rzeczonym forum wątku, gdzie można by zbluzgać tych, którzy na tym procederze śmiali wyjść na swoje. Tak czy owak, jedynym wymiernym – w moim odczuciu – rezultatem całego zamieszania stał się fakt, że po mnie na ebay ujawniło się wkrótce dwu kolejnych sprzedawców, rodem prosto z Polski, którzy upłynniali te same kompakty, z tą tylko różnicą, że o parę funtów taniej.</p>
<p>Nie dość więc, że moralność forumowiczów cierpiała w dalszym ciągu, to jeszcze &#8216;konkurencja&#8217; zepsuła mi &#8216;rynek&#8217;. Kto wie, może nowi sprzedawcy zrekrutowali się nawet spośród krzykaczy z forum, którzy zmienili zdanie co do oceny moralnej mojego postępowania. Albo uznali po prostu, że skoro kasa i tak leży na ulicy, warto jednak po nią sięgnąć, zamiast przyglądać się biernie, jak zyskuje ktoś inny.</p>
<p>Kto jest złodziejem? Ktoś, kto sprzeda parę sztuk, darmowej – podkreślmy to – płyty (zatem sam twórca nic na tym nie traci), a pozyskany tą drogą cash wyda w całości na inne, oryginalne płyty, wspierając tym samym wytwórnie i twórców, czy raczej ktoś, kto radośnie ciągnie z sieci setki  płyt, nic sobie nie robiąc z zaangażowania i trudu artystów poświęcających czas, energię, a niejednokrotnie i własne materialne zasoby po to, by dany materiał ujrzał światło dzienne? Oraz wytwórni, które – czego by o nich nie mówić – także inwestują co nieco w proces wydawniczy?</p>
<p>Niezależnie od wszystkiego, ciekawe to było doświadczenie. Zwłaszcza że miało miejsce w kraju, w którym szacunek do własności intelektualnej (we wszelkich jej przejawach) jest zjawiskiem – niestety – marginalnym. W kraju, który na ogólnoświatowej muzycznej mapie wydawniczej wciąż przeważającej części graczy jawi się jako wielka czarna dziura. Dlaczego? Bo tu muzykę się kradnie, nie kupuje, a sprzedaż idzie na tyle marnie, że próżno szukać na rynku większości   limitowanych wydań czy singli, bo kto normalny przeznaczy na płytę kilka stów albo kupi krążek, trwający kilka, w porywach kilkanaście, minut? I nie o zarobki tu chodzi, a o wrodzoną skłonność do szajsu, kombinowania i sknerstwa, które &#8211; obok nieokiełznanej zawiści &#8211; tak dobrze definiują przedstawicieli naszej dumnej nacji.</p>
<p>mnk</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/kto-jest-zlodziejem/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3450</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Raper łamiący mentalne bariery</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/raper-lamiacy-mentalne-bariery</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/raper-lamiacy-mentalne-bariery#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 29 Nov 2010 19:17:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>F.L.R.</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[L.U.C.]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=378</guid>
		<description><![CDATA[Od muzyki wymaga się przełamywania pewnych barier, które tak na prawdę tworzą jej odbiorcy. Bariery te związane są z mentalnością pojmowania muzyki, gdyż mamy skłonność do zamykania jej w gatunki, podgatunki itp i ograniczać się tylko do nich. Postawmy się teraz na miejscu artystów traktujących muzykę jako jedną wielką całość pozbawioną sztucznych granic. Niewątpliwie wiele [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="minpic" title="luc" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/luc.jpg" alt="" width="150" height="150" />Od muzyki wymaga się przełamywania pewnych barier, które tak na prawdę tworzą jej odbiorcy. Bariery te związane są z mentalnością pojmowania muzyki, gdyż mamy skłonność do zamykania jej w gatunki, podgatunki itp i ograniczać się tylko do nich. Postawmy się teraz na miejscu artystów traktujących muzykę jako jedną wielką całość pozbawioną sztucznych granic. Niewątpliwie wiele odwagi trzeba, aby wychylić się poza swój &#8216;rejon twórczy&#8217;, ale na szczęście na takich odważnych można jeszcze trafić. Wystarczy się tylko rozejrzeć.</p>
<p><span id="more-378"></span>Jeszcze kilka lat temu Hip-Hop cieszył się dosyć sporą popularnością wśród młodzieży, co pamiętam z czasów gimnazjum. Ostatnio w Polsce nieco ucichł, a Hip Hop niegdyś wyniesiony na salony dzięki garstce prawdziwych artystów obecnie zamyka się w swym hermetycznym środowisku. Świadczy to o tym, że mówiąc o Hip-Hopie, mamy do czynienia jeśli nie z subkulturą, to niewątpliwie z grupą ludzi, która wie &#8216;co jest grane&#8217; <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<p>Jeśli subkultura, to i towarzyszące jej stereotypy. Wyobraźmy sobie sytuację, że rzucamy hasło &#8220;Hip-Hop&#8221; lub &#8220;Polski Rap&#8221; np. wśród osób nieco starszych (nie na tyle starych, by nie wiedzieli o czym mówimy) albo wśród znajomych spotkanych na Rockowym koncercie. Co słyszymy&#8230;? Właśnie&#8230; drechy, &#8220;J&#8230;P&#8230;&#8221;, blokersi, itp. Ogólnie szereg, w pewnej mierze zasłużonych stereotypów, podkreślających prostotę tego gatunku, jak i wąski zakres tematyczny tekstów. Zdarzają się oczywiście pochlebne opinie, jednak dotyczą one wyłącznie &#8220;starej dobrej polskiej klasyki&#8221;.</p>
<p>Mając zatem obraz prostackiej muzyki i jej twórców, spróbujmy skonfrontować go z postacią Łukasza Rostkowskiego i jego twórczością. L.u.c. (bo pod takim pseudonimem występuje Łukasz) niewątpliwie jest raperem, ale z utartym w polskim społeczeństwie wizerunkiem rapera nie ma wiele wspólnego. Od kilku lat mniej lub bardziej interesowałem się tą postacią, ale po jego koncercie na Slot Art Festival moje zainteresowanie przerodziło się w fascynację i wielki podziw dla tego artysty.</p>
<p>Od samego przybycia na festival wiedziałem, że przyjechałem głównie na l.u.c&#8217;a od którego wówczas już wiele wymagałem. Zdawałem sobie sprawę, że nie idę na typowy Hip-Hopowy koncert, ale do końca nie wiedziałem, czego tak w zasadzie się spodziewać. Kiedy pośród gwaru tłumów ludzi usłyszałem rozbrzmiewający dźwięk trąbki, wiedziałem już, że mam do czynienia z albumem Planet LUC.</p>
<p>Na jednej scenie trębacz, beatboxer, koleś za biciarką, gitarzysta i na przemian beatboxujący, rapujący i obsługujący bliżej mi nie znane urządzenie l.u.c. Wyobraźcie sobie efekt tego wszystkiego płynący z głośników <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' />  Od klimatycznie jazzowego intro, poprzez bardziej jednak hiphopowe (wówczas mi nie znane) Co z tą Polską i Puenta &#8211; Popkultura jak żart Strazburgera z mocnymi tekstami dobitnie traktującymi o naszej narodowej mentalności, po utwory gitarowo-dętę np. O Witu lub O karuzeli życia przenoszące nas do lirycznie bardziej abstrakcyjnej części albumu. Całość kończy wpadający w reggae Happy End And Up Happy Hands który sprawił, że po prostu nie chciało mi się ruszać spod sceny ;p Wszystko to połączone w niesamowitą całość przez freestyle, partie beatboxu i ogólnie dużą dozę humoru.</p>
<p>Zarówno występ, jak i album wyraźnie można było podzielić na dwie części. Jedna przedstawiała w bardzo bezpośredni sposób realia przepełnione komercją i upadkiem moralnym polskiego społeczeństwa. Drugą część od pierwszej odróżniały na pewno mniej dosłowne teksty budujące pewną alternatywną rzeczywistość wobec pierwszej części. Wówczas to l.u.c zjawił się w stroju superbohatera, napawając wszystkich nadzieja na lepsze jutro ;p (tak to odebrałem <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<p>Bardzo zaskoczony byłem tym, że znaczna część spośród publiczności nadążała niemal za każdym słowem l.u.c&#8217;a, po mimo pędzącego flow. Najciekawsze było jednak wrażenie, że tak do końca nie jest się na jakimś tam koncercie. L.u.c od krótkich dygresji niesamowicie zręcznie przechodził w freestyle, po czym kolejny z jego kawałków podłapywała publiczność (w zasadzie w ten sposób dało się zauważyć granicę pomiędzy kolejnymi numerami) Całość przepełniona była spontanicznością w każdym jej wymiarze, czego dowodem była znakomita relacja Łukasza z publicznością.</p>
<p>Być może na zbyt wielu koncertach w życiu nie byłem, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Z resztą&#8230; to nie jest tylko moja opinia, albowiem obok stojący &#8211; sporo ode mnie starszy człowiek &#8211; powiedział mi to samo. L.u.c zapewne nie pierwszy raz pokazał, jak bardzo łamie stereotypy i rozprawia się z mentalnością. Sam w wywiadach przyznaje ,że przełamywanie mentalnych barier było bolesne, bo jaki ziomal zagra Ci na trąbce do bitu <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /><br />
Z mentalnością l.u.c rozprawia się nie tylko jeśli chodzi o warstwę muzyczną, ale i na płaszczyźnie lirycznej. Wiele z jego tekstów, mimo sporych pokładów nadziei, dosyć ostro piętnuje polską mentalność i wady narodowe, ale jeśli chodzi o teksty l.u.c&#8217;a to zasługują one na odrębny artykuł.</p>
<p>Po powrocie z festiwalu bez zastanowienia kupiłem jego płytkę, którą od dawna miałem na oku ;p właściwie to dwie płytki&#8230; Planet LUC Energocyrkulacje to zapis remiksów utworów z Planet LUC wykonanych przez zwycięzców konkursu ogłoszonego przez samego l.u.c&#8217;a!!! Ciekawy pomysł na wyłowienie talentów polskiej sceny alternatywnej i równie ciekawy efekt końcowy. Polecam tę płytę, ale to wersja limitowana więc nie wiem czy i gdzie jeszcze ją dostaniecie <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_biggrin.gif' alt=':D' class='wp-smiley' /> </p>
<p>Mam nadzieję, że tą mieszanką relacji z koncertu l.u.c&#8217;a z refleksją na temat jego płyty przybliżyłem Wam postać tego rapera. W Polskiej muzyce za dużo się ostatnio nie dzieje, więc ktoś taki tym bardziej zasługuje na uwagę.</p>
<p>F.L.R.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/raper-lamiacy-mentalne-bariery/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3882</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak zrobić coś z niczego</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/jak-zrobic-cos-z-niczego</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/jak-zrobic-cos-z-niczego#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 24 Nov 2010 09:46:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marian</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[acid drinkers]]></category>
		<category><![CDATA[cover]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=372</guid>
		<description><![CDATA[Ostatni album Acid Drinkers, czyli druga część Fishdicka, pomimo wielu prób nie zachwycił. Chłopaki prężyli się jak mogli &#8211; był Czesław, była Ania Brachaczek, ale powiem szczerze płytka dupy nie urywa. Kwasożłopy próbowały w nieco ironiczny sposób zinterpretować klasyki muzyki rozrywkowej, a Fishdick miał być swego rodzaju rockandrollowym kabaretem. Co tu dożo gadać,  słuchając krążka, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="minpic" title="muzyka" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/muzyka-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" />Ostatni album Acid Drinkers, czyli druga część Fishdicka, pomimo wielu prób nie zachwycił. Chłopaki prężyli się jak mogli &#8211; był Czesław, była Ania Brachaczek, ale powiem szczerze płytka dupy nie urywa. Kwasożłopy próbowały w nieco ironiczny sposób zinterpretować klasyki muzyki rozrywkowej, a Fishdick miał być swego rodzaju rockandrollowym kabaretem. Co tu dożo gadać,  słuchając krążka, banana na swojej twarzy nie uświadczyłem, zupełnie jak podczas oglądania kiepskiego skeczu, który wcale nie śmieszy.</p>
<p><span id="more-372"></span>Nie czepiam się za rzekomą profanację kawałków Metalliki czy Slayera, w których Tytus i spółka wystawiają na próbę nerwy twardogłowych fanów metalu (i bardzo dobrze!), choć &#8220;Season in the Abyss&#8221; zagrany w stylu country delikatnie obrabia pałę. Te wypociny zamierzam poświęcić jednak nie nowemu krążkowi Acid Drinkers, lecz pewnemu ważnemu elementowi muzyki rockowej i metalowej, a mianowicie coverom.</p>
<p>Artyści poświęcają im z kolei całe  albumy, by uczcić swoich mentorów lub grają je na koncertach w ramach niespodzianek, które można usłyszeć tylko na żywo (Acid Drinkers na swoim jubileuszowym gigu zagrało &#8220;For Whom The Bell Tolls&#8221; albo &#8220;Davidian&#8221;, który uskutecznił sosnowiecki Frontside na koncercie charytatywnym dla Vitka z Decapitated). Drugą grupą, o wiele ciekawszą, są kawałki spoza metalowej czy rockowej stylistyki, bo cover Slayera ktoś potrafi zagrać (jak na przykład  Vader) albo nie. Prawdziwa jazda zaczyna się w przypadku numerów, które ciężko wyobrazić sobie z growlem i gitarami. Po sieci hulają tuziny pieśni granych na tzw. &#8220;ostrej ku**ie&#8221; przy czym część zespołów, zwłaszcza reprezentujących klasyczny heavy metal, chyba nie rozumie istoty zabawy. Przeróbki  Mike’a Oldfielda z iście barokowym podejściem z masą solówek, klawiszy i operowych wokali są śmiertelnie poważne i nudne (patrz kapela  Northern Kings).</p>
<p>Jeżeli ktoś słyszał &#8220;Ooops I Did It Again&#8221; w wykonaniu Children of Bodom czy &#8220;Livin la vida loca&#8221; przerobione przez Ten Masked Man z pewnością wie, co mam na myśli. Generalna zasada jest prosta: im bardziej obciachowy kawałek oraz im bardziej brutalnie jest potraktowany, tym lepiej. Wiadoma sprawa, że cover Dżast Fajf (piszę tak, co by fani chłopaków nie znaleźli tego w google i nie zjechali mnie w komentarzach <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' />  zagrany przez Kangaroz nie jest hołdem dla castingowej zbieraniny znanej swego czasu podczas wakacji. Takie numery sprawdzają się świetnie podczas koncertów &#8211; gdy Kangury na Przystanku Woodstock uraczyli publiczność pieśnią &#8220;Kolorowe sny&#8221;, pod sceną nie było łatwo. Podobnie Marika, choć w reggae’owej stylistyce, na jednym z koncertów rozwaliła mnie kawałkiem  &#8220;All That She Wants&#8221;. Zgrzeszę, jeśli nie wymienię numeru &#8220;Hiszpański hicior&#8221; Ametrii, dzięki któremu o zespole usłyszało szersze grono słuchaczy. Kłam teorii jakoby &#8220;z gówna bata nie ukręcisz&#8221; brutalnie zadają  też Limp Bizkit w kawałku &#8220;Faith&#8221; czy kapela Zebrahead z  &#8220;Wannabe&#8221;.</p>
<p>Jednak jajcarskie covery to nie tylko rzeźbienie w gównie w rodzaju Britney. Zdarza się, że mocniejsze kapele sięgają po dobre kawałki popowe, przerabiając je na niesamowite  numery jak &#8220;Smooth Criminal&#8221; Alien Ant Farm czy &#8220;The Power&#8221; H-Blockx, co świadczy o uniwersalności muzyki (polecam też sprawdzić kawałek Wiener Blut austriackiego  Stahlhammer).</p>
<p>Prawdziwym koncertowym rozpierdalaczem jest &#8220;Proud Mary&#8221; wykonywany niemal na każdym koncercie przez Acid Drinkers (oni też potrafią,  szkoda że nie widzimy tego na Fishdick). Jak to się  stało że Tytusy wpadły na pomysł połączenia klasycznego kawałka Creedence Clearwater Revival z &#8220;Roots Bloody Roots&#8221; Sepultury? Zdania uczonych są podzielone. Jednak nie wszystkim ta zajebistość jest dana. Gdy usłyszałem, że Hunter chwycił się za niewątpliwie luzacki i &#8220;jajeczny&#8221; kawałek Wyrzutków, czyli &#8220;Hey Ya&#8221;, spodziewałem się podjęcia tematu przez olsztyńską kapelę. Ciężko nawet ogarnąć bezmiar głupoty tej produkcji (wrzucanie na siłę operowych wokali, za chwilę przejście w stylu reggae, a reszta to granie power chords i kiepski wokal). Może powiem tylko tyle, że ten kawałek wyszedł im zupełnie podobnie jak ostatnia edycja Hunter Fest.</p>
<p>Cała masa lepszych lub gorszych coverbandów nie wzbudza mojego zainteresowania poza rosyjskim Boney Nem, które urzekło mnie interpretacją naszego rodzimego songu &#8220;Kolorowe Jarmarki&#8221;. Blasty? Harmoszki? Podwójna stopa? To ten zespół:) Ale czemu tu się dziwić, skoro kiedyś na antenie radia Campus usłyszałem ludowy opus magnum (hehe) &#8220;Szła dzieweczka do laseczka&#8221; w wykonaniu, z tego co pamiętam, Japończyków.</p>
<p>Istnieje jeszcze wiele bardzo wiejskich kawałków, które chciałbym usłyszeć w nieco cięższej wersji. Jak darmozjad ( sam nie nagram, ale z chęcią posłucham <img src='http://www.muzykomachia.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' />  czekam aż ktoś złapie się za &#8220;Coco Jambo&#8221;, &#8220;Dawaj Naliwaj&#8221; czy któryś ze szlagierów rodzimego Feel. Miejmy nadzieję że na następne perełki przyjdzie poczekać krócej niż na nasze autostrady.</p>
<p>Marian</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/jak-zrobic-cos-z-niczego/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1824</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Radio, głupcze</title>
		<link>http://www.muzykomachia.pl/radio-glupcze</link>
		<comments>http://www.muzykomachia.pl/radio-glupcze#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Nov 2010 15:48:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Kubicki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[radio]]></category>
		<category><![CDATA[radio bis]]></category>
		<category><![CDATA[trójka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.muzykomachia.pl/?p=369</guid>
		<description><![CDATA[Jakiego radia słucham? Powiedziałbym Wam bez wahania. Nawet chwili bym się nie zastanawiał i nie martwił kryptoreklamą. Rzecz w tym, że ja go już po prostu w ogóle nie słucham. Przestałem zwracać na nie uwagę. Bo umarło, a żeby być precyzyjnym &#8211; zdechło.

Niektórzy zaryzykowaliby stwierdzenie, że zostało zabite. Nie zgodzę się z tym. To nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="minpic" title="radio" src="http://www.muzykomachia.pl/wp-content/uploads/radio.jpg" alt="" width="150" height="150" />Jakiego radia słucham? Powiedziałbym Wam bez wahania. Nawet chwili bym się nie zastanawiał i nie martwił kryptoreklamą. Rzecz w tym, że ja go już po prostu w ogóle nie słucham. Przestałem zwracać na nie uwagę. Bo umarło, a żeby być precyzyjnym &#8211; zdechło.</p>
<p><span id="more-369"></span></p>
<p>Niektórzy zaryzykowaliby stwierdzenie, że zostało zabite. Nie zgodzę się z tym. To nie było tak, że pewnego dnia, gdy zmieniałem fale radiowe, słyszałem tylko szum. Stało się coś o wiele gorszego. Duch radia był wysysany z niego bardzo powoli. Wbijane były w niego kolejne szpilki aż do teraz, gdy ze słuchaczy robi się bezmózgie Yeti.</p>
<p>Już gdy w wakacje 2003 roku upadało Rock Radio, ze względu na to, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji odmówiła przyznania mu nowej koncesji, duża część osób protestujących wiedziała, że coś tu jest nie tak. Widać było, jak czarno na białym, że chodzi o politykę, zwłaszcza gdy wyszło na jaw, że ostatnia kontrola KRRiTV odbyła się, gdy pasmem Rock Radia zarządzała poprzednia rozgłośnia. Dzisiaj niewielu pamięta liczne petycje przeciwko zamknięciu stacji i złośliwo-ironiczne komentarze ludzi odpowiedzialnych za jej zamknięcie, wiedzących, że i tak postawią na swoim. Nawet we wszystkowiedzącym internecie, wpisując hasło &#8220;Rock Radio&#8221;, niewiele można się dowiedzieć o problemie.</p>
<p>Nie tylko jednak wtedy okazało się, że wszelkiego rodzaju petycje nie dają rezultatów. Świeża jest sprawa Radia Bis, które w ostatnich latach zaczęło notować coraz lepsze wyniki słuchalności. Stało się to m.in. dzięki postawie Pawła Sito, który przyjął &#8220;świeżą krew&#8221; do stacji (m.in. Novika). Zaczął ją rozwijać, jednak również stawać się wrogiem dla przyszłej władzy. Do audycji, po śmierci Jana Pawła II, zaproszono osoby różnej wiary, a nawet ateistów i feministki, co spotkało się z oburzeniem środowiska konserwatywnego.</p>
<p>Wygrane wybory parlamentarne przez Prawo i Sprawiedliwość spodowowało duże zmiany w radiu. Nowym dyrektorem został Jacek Sobala, który niegdyś był publicystą telewizji Puls, powstałej na bazie TV Niepokalanów. Jedną z jego pierwszych decyzji było zdjęcie z ramówki audycji Masala, która dotyczyła walki z faszyzmem w Polsce. W jej zapowiedzi padło z ust członka organizacji antyfaszystowskiej &#8220;Nigdy Więcej&#8221; sformułowanie, że &#8220;podżegający do przemocy faszyści są często blisko związani z Ligą Polskich Rodzin i Młodzieżą Wszechpolską&#8221;. Dyrektor Sobala zapowiedział, że to tylko początek zmian. Z radia powoli znika muzyka alternatywna, nie ma już również miejsca dla brzmień ciężkich. Na początku liczne petycje, w których słuchacze żądali oddania radia w ręce osób, które je kochają &#8211; szybko odeszły w zapomnienie.</p>
<p>Skandal za skandalem, a jest jeszcze Trójka. Tutaj wszystko jest piękne, jeśli patrzy się na okładkę. No, może pomijając nowe logo, na które zostały wydane ogromne pieniądze, a które w niczym nie przypomina kultowego znaku. Tu oczywiście nadal mamy wspaniałe osobistości. Jest Marek Niedźwiecki, jest Piotr Kaczkowski, a także Piotr Stelmach czy Wojciech Mann, który tak pięknie mówił na jednym z polskich pseudofestiwali, że kocha radio. Nie zmienia to jednak faktu, że stacja ogólnym programem zaczęła coraz bardziej upodabniać się do innych komercyjnych rozgłośni. Kultowy Program III z lat 60., stał się marną &#8220;trójczyną&#8221; goniącą za odbiorcą masowym. Obniżył się poziom stacji, kultura poszła w zapomnienie. Śladowe ilości nadziei pozostawiają audycje autorskie wspomnianych wcześniej dziennikarzy, a właściwie osobowości polskiego radia.</p>
<p>Osobną działką są stacje pokroju Radia Eska. Ramówka w której nie ma miejsca na audycje autorskie. Godzina muzyki przerywana wejściami spikerów, którzy swoimi ciepłymi, krystalicznie czystymi głosami nadającymi się równie dobrze do tele-sprzedaży lub seks-linii, obwieszczają kolejne odmóżdżające konkursy. Wysyłając SMS-a można wygrać wszystko, cała zabawa polega na napisaniu czegoś NAJ, co zwróci uwagę prowadzącego. Najlepiej żeby było najgłupsze &#8211; przeczytanie na antenie i bilet na wymarzoną imprezę gwarantowany.</p>
<p>Jakże różni się naprędce spakowana i wysłana płyta przez Panią Jadzię z sekcji korespondencyjnej tego typu stacji od krążka który wygrałem w konkursie Marka Niedźwieckiego, z zapakowanym liścikiem, w którym znalazłem osobiście napisane życzenia &#8220;miłego słuchania&#8221;, wyszczególnione ciekawe utwory i dopisek, że &#8220;paczka zostanie wysłana priorytetem, bo każdy dzień bez tej płyty jest dniem straconym&#8221;.</p>
<p>Co do samej muzyki w Esce, czy też w jej odłamie &#8211; Esce Rock &#8211; jest taka jak sama stacja: bezpłciowa, bez jakiejkolwiek formy i nie mająca sobą nic do przekazania. Czasami by omamić słuchacza puszcza się jakiegoś klasyka, ale to złudzenie jakości szybko przemija i przede wszystkim ginie w morzu komercyjnej papki. Tygodniowa playlista zamyka się w około 20-30 utworach, z czego połowa przechodzi do następnego tygodnia. Patrząc jednak na całe miesiące, rotacja jest minimalna. Od razu przypominają się slogany z teledysku grupy Korn &#8220;Y&#8217;all Want A Single&#8221;: &#8220;muzyczny monopol?&#8221;, &#8220;90% płyt czołowych wydawnictw w ogóle nie daje zysku&#8221;, &#8220;przemysł muzyczny wydaje tygodniowo 100 piosenek&#8221;, &#8220;tylko cztery piosenki dodawane są co tydzień do rotacji w playliście&#8221;, &#8220;czołowe piosenki tygodnia powtarzane są 100 razy tygodniowo&#8221;, &#8220;czy to wszystko co chcesz usłyszeć?&#8221;.</p>
<p>Patrząc na brać za oceanem, wcale nie jest lepiej. Amerykanie też mają swojego Howarda Sterna&#8230; ale niewielu poza nim interesuje już muzyka jako forma sztuki. Być może kolejne pokolenie będzie już tylko znało radio z opowiadań lub jego nowa forma będzie opierać się na pracy syntezatorów mowy. Nadzieję daje jeszcze internet. Co prawda nie jest łatwo znaleźć porządny kawałek artystycznych dźwięków, przebijając się przez gąszcz muzyków na serwisach typu MySpace, ale liczba osób szukających tam alternatywnych dźwięków jest na tyle duża, że pozwala sądzić, że słuchacze potrzebują czegoś więcej niż odmóżdżania serwowanego im przez &#8220;sprzedawców&#8221; muzyki.</p>
<p>Również internetowe rozgłośnie zyskują coraz większą popularność. Tam posłuchać można wszystkiego i widać, że osoby zaangażowane w reanimowanie całej idei radia, mają dusze i robią to co robią z pasją i miłością. Obawy jednak pojawiają się, gdy pomyśli się o pieniądzach, które powoli i tutaj zaczynają dawać znać o sobie. W jednym z wyemitowanych przez stację TVN materiale Roman Młodkowski przekonywał, że mimo na razie małych zysków, w radio internetowe warto się pobawić. Nie wątpię jednak, że w przyszłości i tu pojawią się większe sumy, które mogą zepchnąć fanów muzyki do kolejnego undergroundu. Tylko, że powoli nie ma już gdzie uciekać.</p>
<p>M. Kubicki</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.muzykomachia.pl/radio-glupcze/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3133</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

