Sonisphere Festival to ponad sześć godzin muzyki i jak by nie patrzeć, pozostawiających niezatarte wrażenie. Jednak po kilku dniach gdy opadły emocje, można pokusić się o bardziej trzeźwą ocenę sytuacji. Kto i co grał każdy może przeczytać z wielu relacji, lub jeśli był, to sobie przypomnieć. Zaskakujące są pozamuzyczne aspekty wydarzenia.
Wybierając się na Bemowo, miałem pierwszy raz poczucie, że do naszego kraju zawitał prawdziwy festiwal, na który nie trzeba jechać do Wacken czy Hultsfred, że będzie można zobaczyć legendy w pełnym blasku. Ale rzeczywistość była nieco inna.
Każdy maniak z dłuższym koncertowym stażem zgodzi się z tym, że fani zawsze będą przychodzić na koncerty i że w tej materii znaczenie popytu, podaży oraz determinantów i elastyczności tychże, sytuacji makroekonomicznej, cen wódki i chuj wie czego jeszcze ma niewielkie znaczenie, bo większość oddanych słuchaczy i tak kupi bilety na koncerty swoich ulubionych kapel (zwłaszcza dlatego, że przyjeżdżają raz na kilka lat).
Hierarchię koncertową można zobrazować jako drzewo i małpy. Na najniższych gałęziach koczują fani, małpki na wyższych gałęziach to organizatorzy, którzy na wielkim luzie zajadają się bananami i srają na tych co niżej. Srają, bo po pierwsze skład kapel na SF był u nas nieco okrojony. W wielu krajach ceny biletów były porównywalne z cenami naszych biletów, a mimo to oprócz Wielkiej Czwórki fani spoza Polski będą mogli zobaczyć Rammstein, Rise Against, Volbeat i wiele innych kapel (w niektórych krajach festiwal trwa dwa dni). Zrozumiałe – mniej zespołów to mniej ludzi na liście płac…czyli większe pieniądze zostające po stronie organizatorów.
…Zdaję sobie sprawę, że w Wielkiej Brytanii aby przyciągnąć ludzi, trzeba większej liczby zespołów (które często przewalają się przez Wyspy), zresztą tam płacą funtami, a wspomniane małpki potrafią liczyć nie tylko banany. Mam jednak ochotę wykrzyknąć “nie ma takiego bicia”. Druga sprawa to tzw. Golden Circle, czyli odgrodzony sektor przy samej scenie o odpowiednio droższym bilecie. Nie mam zamiaru wyzywać bawiących się tam ludzi od burżujów, bo gdybym wiedział to co dziś, też wydałbym więcej. Na poprzednich koncertach sektor przy scenie zajmował mniej miejsca, tak że ludzie z płyty mogli obserwować to co się dzieje na scenie z zadowalającej odległości. Jak było na Sonisphere?
Ano wewnątrz sektora można było wyłożyć się z kocem jak na pikniku…reszta miała do wyboru oglądanie swoich kapel na telebimach bądź ścisk przy barierkach. Jak tak dalej pójdzie, to może szanowny organizator zechce sprzedawać bilety do postawionych na lotnisku toalet, przecież też dobrze słychać, a też gówno widać:)
Kolejnym przykładem pazerności może być obecność alkoholu. Nie dość, że wpuszczano jednostki zdrowo podchmielone, to pozwolono jeszcze tankować na miejscu. Nie pisałbym o tym gdyby nie fakt, że stałem się świadkiem jednostkowych przypadków chamstwa i agresji ze strony naprutych uczestników. Jeszcze kilka lat temu koncerty mogły się odbywać bez sprzedaży piwa i wszyscy bawili się równie dobrze. Śmiem też twierdzić, że bezpiecznej.
Wiem, że to niepopularne stwierdzenie, ale po prostu alkohol nie wszystkim służy jednakowo. Na chorzowskim koncercie w 2004 roku podczas intro “The EXtasy of Gold” zobaczyłam haftującego pod bandą stadionu kolesia…wymarzony początek. Pół biedy jeśli ktoś się napije i po koncercie zostanie mu jedynie urwany film, ale problem zaczyna się wtedy, gdy dziabnięci ludzie mogą zrobić krzywdę sobie lub innym.
Dalej. Wszyscy spodziewali się prawdziwego napierdolu w wykonaniu legend, Tymczasem Anthrax i Megadeth nie pozwolono rozwinąć skrzydeł. Nagłośnienie było wręcz fatalne…Lepiej nagłośnione są supporty przed Krzysztofem Krawczykiem. W pewnym momencie Dave’a i spółki było mi po prostu szkoda. Widocznie są równi i równiejsi. Granie na własnym sprzęcie to standard, Meta przywiozła cały sznur tirów z własnymi gratami (scenę też) ale dlaczego, jak powiedział Hatfield, na “ten historyczny moment” nie można było się dogadać w sprawie nagłośnienia i zrobić prawdziwej miazgi?
Zamiast festiwalu gdzie cztery równorzędne gwiazdy miały dać z siebie wszystko, dostaliśmy zajebcie zrealizowany (trzeba przyznać) koncert Metalliki. Rolę pozostałych zespołów sprowadzono do supportu ww., dając im tylko godzinę.
Pewna anegdota powiada, jak do Stalina podchodzi mała dziewczynka z kwiatkami, na co Józek reaguje stanowczym “spierdalaj”. Komentator Kroniki Filmowej chcąc przerwać niezręczną ciszę, odzywa się z pełnym uznaniem : “A mógł zabić” . Niech cieszy się dziewczynka, że dostała od Wodza drugą szansę, tak samo cieszmy się i my, bo przecież mogła być sama Metallica, a bilety i tak by się sprzedały. Co by jednak nie narzekać, koncert (bo ciężko nazwać to festiwalem) zapadł w pamięć, i mimo wszystko uważam że było warto.
Marian
Tagi: anthrax, metallica, slayer, sonisphere festival






Check this out…
[...] that is the end of this article. Here you’ll find some sites that we think you’ll appreciate, just click the links over[...]……
open office…
[...] Every once in a while we choose blogs that we read. Listed below are the latest sites that we choose open office[...]……